| Napisany przez ThomasBittern,
z 23-09-2008 22:29
|
Lato ma się ku końcowi. Wakacje dla większości są już tylko miłym wspomnieniem (szczęśliwy kto studentem jest i ma egzaminy „do przodu”). Pora więc pokusić się o małe podsumowanie wakacyjnych rozgrywek. Dla mnie niestety urlop nie był w tym roku długą sielanką. Dwa krótkie wypady muszą mi starczyć za cały relaks przed całoroczną orką. Dobre jednak i to!
Wyjazd pierwszy. Międzywodzie. Morze. Przed wyjazdem pewny byłem tylko jednego. Będą ludzie, którzy lubią pograć. Będą też tacy, którzy nigdy nie grali, a chcą spróbować. Nie mając pewności co się sprawdzi i ile będzie miejsca na rozłożenie gry i nic praktycznie nie wiedząc o warunkach lokalowych zdecydowałem się wziąć kilka lekkich pozycji do rozegrania nawet w dość trudnych warunkach. Zabrałem z sobą: Fasolki, Rój, Quicksand (Ruchome piaski), Inkognito The Card Game, SET!, Buccaneer (Piraci) oraz łamigłówkę Puzzlomatic seria T. Na pierwszy ogień tradycyjnie już poszły Fasolki. Gra o sadzeniu i zbieraniu fasolek oczywiście podbiła serca graczy i… więcej już w nią nie zagraliśmy! Tym razem niezwyciężone Fasole musiały uznać wyższość aż trzech konkurentów. SET! nie jest moją ulubioną grą, bo niemal zawsze mój refleks okazuje się niewystarczający. Tak samo było i tym razem. O ile w Fasolki mogłem poszczycić się zwycięstwem, to z szybkim przeszukiwaniem obrazków i zestawianiem ich w seta miałem poważny kłopot. Niemal zawsze, o ułamek prędkości światła, był ktoś szybszy ode mnie. Niestety, po rozegraniu wielu partii nie udało mi się wygrać ani razu. Gem, SET!, mecz – w tym palmę pierwszeństwa zgarniali młodsi gracze. Co się odwlecze… Na stole wylądował Buccaneer i tu moja dzielna zgraja piratów wzięła krwawy odwet na nieopierzonych młodzikach. Uczciwie jednak muszę przyznać, że bezboleśnie poszło mi jedynie w pierwszej partii. I chociaż nie było to moje jedyne zwycięstwo na tym wyjeździe jeżeli chodzi o Piratów, to w następnych rozgrywkach (a było ich wiele), nie szło mi już tak gładko.  Przed wyciągnięciem Ruchomych piasków zawsze mam niemałe opory. Za grą średnio przepadam, ale jak towarzystwo „załapie” i humory dopisują, to mogę grać niemal bez końca. Pytanie tylko czy się spodoba… Quicksand nie tylko, że stała się nieodłączną częścią wszystkich granych wieczorów, to jeszcze znalazła się w absolutnej czołówce obok Seta i Piratów pod względem największej liczby rozegranych partii! Towarzystwo po prostu ją pokochało. Zabijcie mnie, ale kompletnie nie wiem dlaczego akurat ta gra czasami potrafi tak świetnie wiarę bawić. Podejrzewam, że na to pytanie sam Stefano Cavane’s (autor gry) nie umiałby szybko znaleźć odpowiedzi. A jednak przeprowadzanie swojego poszukiwacza przygód do świątyni zanim zrobią to inni gracze potrafi być pasjonujące. Ponieważ gry blefu ogromnie mnie kochają, to podpuściłem gości oddając im frajersko pierwszą partię, by po chwili wygrać wszystkie kolejne! Nie można jednak mistrzowsko blefować w nieskończoność. Znajomi odegrali się w piaski już następnego wieczora!  Przerwy miedzy kolejnymi rozgrywkami umilaliśmy sobie rozwiązując kolejne zadania Puzzlomatica serii T. I tu muszę powiedzieć, że trzeba mieć niezłe poczucie własnej wartości, żeby stając przed lustrem po dziesiątkach minut spędzonych nad tymi CZTEREMA cholernymi klockami móc z czystym sumieniem powiedzieć o sobie coś innego niż… IDIOTA! Wyborna łamigłówka! Jako miłośnik łamigłówek wszelakich bardzo ją polecam. Na plaży niepodzielnie królowały: słońce, morze i Rój!!! Wygrałem wszystkie partie, więc przez wrodzoną skromność nie będę się nad tym więcej rozpisywał... Na koniec zostało nam dać szansę karcianej wersji Incognito. Dla wszystkich nas było to pierwsze spotkanie z tą grą. Szczerze żałowaliśmy, że udało nam się rozegrać tylko jedną partię. Gładko wygrała ją moja żona. Niestety, nie wszyscy od razu załapali o co tutaj biega, przez co gra zachwycająca wydała się tylko połowie graczy. Szkoda, bo jestem głęboko przekonany, że gdyby nie brak czasu, to rozwikłanie zagadki w scenerii weneckiego karnawału miałoby szansę stać się przebojem na miarę pozostałych tytułów. A tak pozostaje rzec: „do następnego razu”… Wyjazd drugi. Kudowa Zdrój. Góry. Tutaj grono było ściśle zamknięte i sprowadzało się do trzech osób: mnie z żoną oraz 13 letniej Marthy – córki siostry żony. Martha – urodzona paryżanka bardzo lubi grać, ale gra praktycznie tylko wtedy gdy przejeżdża w odwiedziny do nas, do Polski. Wiedząc, że lubi Ticket to Ride zdecydowałem się po trosze zrobić jej przyjemność i zabrałem Ticketa w wersji karcianej. Spakowałem również: Podróż do wnętrza Ziemi, Mauer Bauer, Cash-A-Catch (Targ rybny) oraz Futbol Ligretto.  Na granie niestety nie było zbyt wiele czasu. Dnie spędzaliśmy na zwiedzaniu. Pogoda dopisała, więc jedyny czas, aby w pełni poświęcić się naszemu hobby znajdowaliśmy jedynie późnym wieczorem. Z tego powodu nie udało nam się zagrać w zbyt głośne i radosne Futbol Ligretto. Nadrobimy to zapewne przy następnej okazji. Targ rybny okazał się dla naszego towarzystwa zbyt mało wymagający, chociaż gra ma swój urok i jako taka może się spodobać wielu graczom. Uczciwie jednak muszę powiedzieć, że do super przeboju raczej nie aspiruje. Grało się jednak całkiem sympatycznie.  Na przeciwległym biegunie uplasował się natomiast Mauer Bauer. Tu tak jak i w familijnej Podróży do wnętrza Ziemi naturalnym wrogiem okazał się czas. Otóż rozgrywki w obie gry zaczynaliśmy zbyt późno, a towarzystwo było już zdrowo zmęczone po całodziennych eskapadach. Dlatego Mauer Bauer okazał się zbyt ciężki dla moich dziewczyn, chociaż moja żona potrafiła docenić tę grę, a Podróż okazała się istną drogą przez mękę na etapie wyjaśniania zasad. Dziewczyny w trakcie mojego tłumaczenia nie potrafiły zupełnie się skoncentrować, co przełożyło się na brak podejmowania przemyślanych decyzji w trakcie rozgrywki, a tym samym stało się przysłowiowym gwoździem do trumny dla tej gry i wypadła ona ze sfery zainteresowań po jednej jedynej rozgrywce. Szkoda.  W obliczu powyższego, zupełnie dla mnie zaskakującą sprawą było wyjście na pozycję niekwestionowanego, w pełni samodzielnego lidera Ticket to Ride w wersji karcianej!!! Sprawa z karcianą odmianą pociągów była o tyle niefajna, że tu zwycięzca praktycznie był tylko jeden – Martha. W tej swoistej odmianie pasjansa i memo w jednym pocieszającą rzeczą było tylko to, że wszyscy naprawdę fajnie się bawiliśmy. I mimo, że karciana wersja zdobędzie sobie zapewne więcej przeciwników niż zwolenników, to zapisała się w naszej pamięci bardzo pozytywnie. I tych dobrych wspomnień szybko raczej nic nie zmieni, bo swój egzemplarz gry podarowałem superszczęśliwej z tego powodu Marcie. Żegnajcie wakacje. Do zobaczenia za rok! |